Od dwóch tysięcy lat znakomita większość Polaków doskonale zna historię Judasza Is(z)kariota. Postać ta jest ukazywana jako zdrajca, który za pieniądze wydaje Jezusa. Jeśli Bóg wskazał na jednego z apostołów i wytypował go niejako na ochotnika, że będzie zdrajcą, to pewnie wiedział co czyni – aby przez kolejne tysiące lat etycy pokazywali ludziom wątpiącym w ideały, że nie godzi się przyjmować postawy Judasza.
I przez dwa milenia zwrot „ty Judaszu” należy do najbardziej oszczerczych. Nawet wizjer drzwiowy zwany jest potocznie… judaszem. Nie wiem, ile i czego mógł nabyć Judasz w owych czasach, wszak nie było aż tak wielu artykułów wzbudzających pożądanie konsumenta. Nie to, co dzisiaj. Zresztą niczego nie zdążył kupić, bo szybko dopadły go wyrzuty sumienia.
Gdyby porównać Judasza z Maleszką pod względem okresem trwania w nieetycznym procederze oraz mierzyć przewinę wielkością otrzymanych doczesnych dóbr, to Judasz wypada tu korzystniej, zaś kara poniesiona przez niego wydaje się znacznie przesadzona w tym porównaniu. Gdyby sądzono obu panów wg dzisiejszych standardów prawnych, to Polak byłby surowiej oceniony niż sprzedawczyk sprzed dwudziestu wieków, zwłaszcza że Maleszka dysponował znacznie większą wiedzą na temat zdrady (jednak dwa tysiące lat rozważań owej kwestii…) i jakie wnioski z tych zasobów on był wyciągnął?
Film poświęcony jest Stanisławowi Pyjasowi, ale dowiadujemy się, że dwa miesiące po Jego śmierci, podczas kąpieli w jeziorze, w niewyjaśnionych (sic!) okolicznościach, utonął inny student, Stanisław Pietraszko, który sporządził portret pamięciowy człowieka „towarzyszącemu” Pyjasowi w ostatnich godzinach życia.
Drugi przypadek jest dla większości Polaków nieznanym epizodem lat 80., a przecież świadek zdawał sobie sprawę z wielkiego ryzyka, kiedy składał zeznania milicji przeciw… milicji. Teraz, w znacznie błahszych sprawach, rodacy nie mają odwagi, aby pomagać policji demokratycznego kraju, choć również znane są skandaliczne przypadki powiązań funkcjonariuszy z gangsterami.
Zaskakujące, ale wszystkie znaczące postacie występujące w filmie, które przyłożyły rękę do obalenia komuny, to absolwenci… polonistyki. Teraz rozumiem degrengoladę panującą w słownikach języka polskiego. Skoro najodważniejsi obrali bohaterską linię życia i zmieniali naszą historię, to kto pozostał w branży języka ojczystego? Średnia odwagi pozostałych „orłów” znakomicie spadła. Zamiast równie energicznie położyć się jak Rejtan u drzwi i bronić przed napływem obcych słów, to powołują się na uzus badany w wyszukiwarkach. Nawet dyktanda są organizowane z języka polskawego, bowiem wiele tam dostrzegamy wyrazów dosłownie przepisanych z języków obcych (najczęściej z angielskiego).
Znając słowo grylaż, zaakceptowano grill, bo językowy uzus mas handlujących tym urządzeniem wymógł wśród profesorów przyjęcie tego trefnego wyrazu do zbioru języka polskiego. I mając takie błędne słowo, będą przyjmowane kolejne nieodpowiednie wyrazy, jak grillowanie (zamiast grylowanie), grillowanko (z. grylowanko), grillowany (z. grylowany), być na grillu (z. być na grylu), a przecież mamy bryle, dryle i kryle (nie brille, drille i krille). Takich wyrazów jest cała masa. Polonistom zapominającym o urodzie języka polskiego – dziękujemy!
* – tytuł z usterką; ilustruje jeden z problemów naszego języka, który nie występuje w większości języków…